Prawdy niedokończone

Ostatnio media obiegła radosna informacja o przełomowym znaczeniu i sukcesie Rządu. Pierwszy raz bowiem od 1989 roku wartość eksportu była większa od importu. I właściwie na tym stwierdzeniu skończyła się informacja ekonomiczna a zaczęła radosna propaganda wieszcząca koniec kryzysu gospodarczego, że najgorsze już za nami a Rząd PO-PSL z dzielnym Premierem na czele odniósł kolejne zwycięstwo.

Wezwani w tej sprawie przed kamery uznani i dyżurni ekonomiści w pośpiechu i z dobrodusznym uśmiechem potwierdzali ten korzystny fakt lecz nie dane już im było tematu rozwinąć. To bowiem trochę tak jakby zadać pytanie czy widok Szkota, jedzącego bażanta jest przyjemny dla oka. Oczywiście.. jest. Ale istotne są przecież nasuwające się inne pytania. Czy na przykład Szkot się aż tak wzbogacił czy też on lub bażant był na coś bardzo poważnie chory… ?

Niestety, telewidzki i telewidzowie nie doczekali się rozwinięcia tego bardzo ciekawego zagadnienia. A zapewne niejeden chciałby się dowiedzieć czegoś więcej. Na przykład czy ten sam w sobie korzystny fakt wynika z kryzysu na Zachodzie i tamtejszy konsument poszukuje tańszych odpowiedników z Polski, czy też odwrotnie, coraz biedniejszy Polak obrazowo jest zmuszony do rezygnacji z finlandzkiego masła na rzecz wyrobu masłopodobnego. Istotne zdaje się pytanie czy w kontekście słabnącego złotego handel sprowadzanym towarem jest dla importera, a także budżetu w ostateczności opłacalny. Załóżmy bowiem taki przykład. Importer zakupuje na kredyt kupiecki żywność za 250 tys. euro, która w dniu przekroczenia granicy miała wg średniego kursu NBP wartość 1 miliona złotych ( 1 euro = 4 pln ). Importer narzuca marżę 20 % czyli 200 tys. zł i wciągu miesiąca sprzedaje cały towar. Koszty ogółem wyniosły ponad 100 tys. i wraz z podatkiem dochodowym zamknęły się kwotą ok. 120 tys. zł. Zysk więc wyniósł 80 tys. zł. Mija jednak termin 40 dni kredytu kupieckiego i należy zapłacić Dostawcy 250 tys. euro. Importer kupuje więc dewizy w swoim banku, w którym kurs sprzedaży przy dewaluacji złotego wynosi 4,33, co oznacza kwotę 1.082.500 zł. Ostatecznie więc Importer poniósł stratę w wysokości 2.500 zł. Zaksięguje on tak zwaną różnicę kursową ( 82.500 zł ) w koszty bieżące i Minister Finansów żadnego wpływu podatku z tego źródła już w danym miesiącu raczej się nie doczeka. Podobnie można odnieść się do eksportu, zadając sobie pytanie czy przychód ze sprzedaży dewiz przekroczył koszty ich otrzymania. Na przykład przy malejącym spożyciu mięsa jego producenci starają się za każdą cenę wysłać swe produkty na Wschód. Malo tego. Należy w tym momencie pamiętać, że w takiej sytuacji Minister Finansów nie doczeka się żadnego, a planowanego wpływu z podatku VAT.

Oczywiście przykładów, dowodzących, że na problem sukcesu przewagi eksportu nad importem należy spojrzeć w szerszym aspekcie jest znacznie więcej. Zamiast jednak doczekania się wyjaśnienia w zrozumiałej formie choćby swoistej zagadki jak to jest, że przy niezanotowanej na tej „Zielonej Wyspie” recesji gospodarczej coraz bardziej brakuje dosłownie na wszystko pieniędzy to przeciętny Kowalski do znudzenia ogląda pewien kibicowski napis o Litwinach na poznańskim stadionie. Nie dowiadując się zresztą, że był to – owszem, kontrowersyjny – ale tylko skromny rewanż za to co spotkało kibiców „Lecha” na Litwie. W każdym razie w Grodzie Przemysława nikt Litwinom nie przebijał opon samochodowych. Także chociaż o szansie doszukania się poważnych wyjaśnień na forach internetowych przeciętny Kowalski nie ma nawet co marzyć. Tam bowiem głównym problemem dnia jest dla przykładu obawa, czy mąż Anny Muchy zaakceptuje dzielnie jej odmieniony makijaż. O problemie pogodzenia się męża z nowym kolorem lakieru na paznokciach nie ma sensu wspominać bo tylko dla ograniczonych nie jest to oczywiste. Prawdy niedokończone… Jakoś dziwnie na myśl przychodzi pewien Wódz o raczej zapamiętanym nazwisku. Gdyby żył i zechciał tego rodzaju prawdy stosować mógłby śmiało w swym „curriculum vitae” wytłuszczonym drukiem napisać, że dawnymi laty jego niezwyciężone chorągwie zapuszczały się hen, aż pod … Stalingrad. I byłaby to szczera prawda. Niedokończona.


02.09.2013 Jacek Zalewski